Pracując w japońskiej firmie, bardzo często słyszałem jedno pytanie: „A był Pan już w Japonii?” Uśmiechałem się wtedy i tłumaczyłem, że choć reprezentuję markę produktów powstających na bazie unikalnej japońskiej filozofii jakości, to jednak do Japonii jeszcze nie dotarłem. Zawsze odpowiadałem: „Jeszcze nie. Ale ten moment nadejdzie.”
W końcu nadszedł.
W lutym tego roku wyruszyłem w podróż, która okazała się czymś znacznie więcej niż tylko wyjazdem służbowym. To była lekcja kultury, jakości, współpracy i zrozumienia tego, co sprawia, że INABA od dekad utrzymuje pozycję światowego lidera w kategorii mokrych przekąsek dla kotów, a nasze produkty – zwłaszcza kultowe już Churu – podbijają rynki na całym świecie, w tym od kilku lat również europejski.
Moja trasa wiodła przez Tokio – gdzie odwiedziłem centralę frmy i uczestniczyłem w wyjątkowej prezentacji produktowej – a następnie Bangkok i kompleks produkcyjny w Tajlandii, gdzie powstają między innymi produkty przeznaczone na rynek europejski. To właśnie tam, w hali pełnej ludzi pracujących z precyzją zegarmistrzów, odkryłem, że kultura jakości, której doświadczyłem w Japonii, przenika absolutnie każdy zakład należący do INABA – niezależnie od szerokości geografcznej.
Tokio: miejsce, gdzie wszystko ma swój rytm, porządek i sens
Już pierwsze godziny w Japonii były dla mnie niesamowitym doświadczeniem.
Nie przesadzę, jeśli powiem, że kraj urzekł mnie dosłownie od pierwszego spojrzenia.
Czystość, porządek i organizacja były na poziomie, którego nie spotkałem nigdy wcześniej. Każdy metr przestrzeni publicznej wyglądał tak, jakby przed chwilą został przygotowany na wizytę najważniejszych gości. Żadnych śmieci (mimo celowego braku koszy), żadnego chaosu. Cisza wynikająca z kultury szacunku, a nie z braku ludzi. Nawet na największych stacjach metra czułem harmonię, której ciężko doświadczyć gdziekolwiek indziej.
To wrażenie towarzyszyło mi podczas całego pobytu – w biurze, w sklepach zoologicznych, na ulicach, i to nie tylko w dzielnicy Ginza, w której jest zlokalizowany biurowiec frmy. Japonia pokazuje, że porządek nie jest narzuconym systemem, ale wspólnym, społecznym wysiłkiem. Ta flozofa jest głęboko zakorzeniona w marce INABA.
Spotkanie z zespołem – tydzień, który na długo zostanie w mojej pamięci
Najważniejszym punktem pobytu w Tokio była prezentacja produktów prowadzona przez samego pana Atsuhiro Inabę – właściciela frmy, pomysłodawcę kultowych Churu, przedstawiciela już ósmego pokolenia tego rodzinnego biznesowego przedsięwzięcia. Towarzyszyli mi koledzy z różnych części świata. To była grupa ludzi, których znam z codziennej współpracy, ale dopiero w Japonii zobaczyłem, jak wiele daje wspólna praca w jednym miejscu i czasie.
Wielu z nas, podsumowując później ten tydzień, nazwało go „truly inspiring” – i trudno znaleźć lepsze określenie. To było intensywne, ale niezwykle budujące doświadczenie.
Kiedy pan Inaba osobiście prezentował najnowsze innowacje dla klientów japońskich, poczułem dumną odpowiedzialność za to, że reprezentuję frmę, która tak poważnie traktuje jakość. Zachęcał klientów, by otwierali, wąchali, a nawet próbowali produktów. To był znak pełnej wiary i transparentności – nie mamy nic do ukrycia, wręcz przeciwnie: chcemy, by każdy zobaczył, jak niezwykłe produkty tworzymy. Miałem zatem okazję osobiście przekonać się, że jakość human grade nie jest tylko hasłem reklamowym.
Obserwacje sklepów w Tokio
Jednym z ważniejszych elementów naszej wizyty był tzw. store check. Odwiedziliśmy zarówno sieci spożywcze, jak i wyspecjalizowane sklepy zoologiczne oraz bardzo rozbudowane strefy zoologiczne w sklepach typu DIY. Obraz, który zobaczyłem, zrobił na mnie ogromne wrażenie.
Asortyment był bardzo szeroki: od malutkich saszetek i kubeczków na raz, poprzez puszki w wielu formatach, aż po liczne multipaki oraz serie limitowane. Wszystko schludnie i bezpiecznie opakowane – zupełny brak produktów sprzedawanych luzem lub na wagę, co wciąż dość często spotyka się w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Czasem słyszę uwagę, że nasze produkty w Europie są kolorowe i mocno przykuwające uwagę – produkty w Azji mienią się kolorami, błyszczą i wręcz „krzyczą” z półki.
Szerokość portfolio była imponująca; w odwiedzanych sklepach kategoria pet care zajmowała kilka alejek składających się z wielomodułowych regałów. W każdej z kategorii główne miejsca zajmowały marki 2–3 producentów (w kanale spożywczym), maksymalnie do 5 (w sekcji specjalistycznej). To, że INABA jest liderem w każdej kategorii w Japonii, było wyraźnie widoczne.
Dla mnie, jako osoby odpowiedzialnej za Europę Wschodnią, była to inspiracja i motywacja. Warto było zobaczyć, jak wygląda rynek docelowy, jakich standardów możemy oczekiwać i do jakiego poziomu chcemy dążyć.
Bardzo interesujące były kategorie pochodne. Uwagę przykuwał oddzielny dział z bogatą ekspozycją wózków dla psów – z liczbą modeli, której nie powstydziłby się ekskluzywny salon samochodowy – a także szeroki wybór parasoli, kloszy, poideł i innych akcesoriów. Ten trend w Europie przebija się powoli, w Azji najwyraźniej to już standard. Kolejne zaskoczenie to liczne ekspozycje z psią i kocią modą – nie tylko szelki, kamizelki i futerka, lecz także całe serie designerskich chust, czapeczek, przypinek i innych dodatków. Widziałem wielu opiekunów psów, którzy spędzali w sklepie długie godziny wraz ze swoimi podopiecznymi na przemyślanych zakupach przekąsek i akcesoriów.
Znaczącą różnicą w stosunku do europejskiego sklepu zoologicznego były strefy, w których można było spotkać żywe zwierzęta. Mam na myśli nie tylko saloniki groomerskie wewnątrz sklepu, lecz także przestrzenie, w których znajdowały się przygotowane do adopcji/ sprzedaży kocięta i szczenięta. To bardzo nietypowy widok dla Europejczyka – coś, co w Azji jest normalne i legalne, ale w nas budzące duże emocje. Żałowałem, że nie mogłem tych wszystkich słodziaków zabrać ze sobą do samolotu…
Tajlandia: odnaleźć japońską filozofię tysiące kilometrów dalej
Po intensywnym czasie spędzonym w Tokio przyszedł czas na kolejny etap podróży – zakład produkcyjny w Tajlandii. Początkowo spodziewałem się zupełnie innego świata: innej kultury pracy, innej organizacji, bardziej lokalnego podejścia.
I tu spotkała mnie największa niespodzianka całego wyjazdu.
Już po pierwszych minutach w kompleksie produkcyjnym zrozumiałem, że japońska flozofa czystości, porządku i dbałości o szczegół nie jest ograniczona do granic Japonii. Ona po prostu przenika całą frmę – bez względu na kraj.
Fabryka była doskonałym dowodem na to, że procesy i standardy nie są pustymi hasłami. Każdy pracownik, każda czynność, każdy element produkcji był podporządkowany tej samej zasadzie: jakość zaczyna się od szacunku do produktu i do konsumenta. Widać to było w każdym pieczołowitym ruchu pracowników linii produkcyjnej czy zespołu co-packingu, a także przebijało się to w rozmowach z menedżerami zakładów.
Ostatni dzień w Azji spędziliśmy w zakładzie przygotowującym surowce do produkcji fnalnego produktu. Widok linii, na której obrabiano świeżego tuńczyka – dokładnie tego, który później trafa do produktów human grade, również na rynek europejski – był kolejnym niesamowitym przeżyciem. Każdy etap produkcji odbywa się tam ręcznie. Nie dlatego, że nie ma technologii, ale dlatego, że człowiek potraf nadać procesowi dokładność, której nie zastąpi maszyna.
Świeży tuńczyk jest przygotowywany w taki sposób, aby zachować wszystkie jego właściwości; personel wykonuje skalowanie, patroszenie, czyszczenie i fletowanie ręcznie; każda czynność odbywa się z chirurgiczną precyzją; każdy element przechodzi rygorystyczną kontrolę jakości.
Stałem tam i obserwowałem te ruchy – spokojne, powtarzalne, idealnie zsynchronizowane. W tym zakładzie nie było widać ani pośpiechu, ani kompromisów. Była praca wykonywana z dumą i świadomością, że ostateczny produkt traf do zwierząt, które są traktowane jak członkowie rodziny.
Nasz pobyt w Tajlandii miał także wymiar strategiczny. Rozmawialiśmy o planach rozwoju, zwiększeniu mocy produkcyjnych, przygotowaniach do wzrostu globalnego popytu. To ważny sygnał: w miarę jak INABA rozszerza swoją obecność międzynarodową, zakłady w Tajlandii stają się jednym z kluczowych flarów globalnej produkcji.
Czego nauczyłem się podczas tej podróży?
Po powrocie do Polski wiele osób pytało mnie:
„I jak tam Japonia? Jak Tajlandia?”
To pytania, na które nie da się odpowiedzieć jednym zdaniem. Ale jeśli miałbym znaleźć jedną wspólną myśl, która najlepiej opisuje tę całą podróż, powiedziałbym:
W INABA jakość nie jest produktem końcowym – jest kulturą.
Kulturą, którą czuć na ulicach Tokio i w halach produkcyjnych w fabrykach INABA w Tajlandii.
Kulturą, która łączy zespoły z Europy, Azji i Ameryki.
Kulturą, która sprawia, że Churu i inne nasze produkty są nie tylko popularne – lecz przede wszystkim godne zaufania.
Pracując w branży zoologicznej, na co dzień skupiamy się na wynikach, sprzedaży, strategiach, promocjach, analizach i nowych projektach. To naturalna część naszej pracy. Ale dopiero wejście na linie produkcyjne i rozmowy z ludźmi odpowiedzialnymi za każdy szczegół uświadamiają, czym tak naprawdę jest marka, którą reprezentujemy.
Wróciłem z przekonaniem, że klienci – zarówno detaliczni, jak i opiekunowie zwierząt – nie kupują tylko produktu. Kupują flozofę, historię i zobowiązanie do jakości, której sam doświadczyłem na własne oczy.
To nie był zwykły wyjazd. To była podróż, która pozwoliła mi zobaczyć serce frmy, zrozumieć jej DNA i poczuć dumę z tego, że jestem częścią globalnej rodziny INABA.
Warto było chwilę poczekać.

